O autorze
Pracuję w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadzę badania z zakresu psychologii społecznej. Zmagając się ze smutkiem, piszę o psychologii, polityce, książkach, filmach i spektaklach teatralnych.

Święta krowa kopie

Św. Mikołaj, biskup - Jasełka w Instytucie Psychologii U. Wr., grudzień 2012
Św. Mikołaj, biskup - Jasełka w Instytucie Psychologii U. Wr., grudzień 2012 PSiAP
W Polsce podobno nie ma cenzury. Wolność słowa wszak na tym polega, że każdy głosi to, co uważa za ważne i potrzebne dla siebie czy swojego środowiska. Są jednak co najmniej dwa wyjątki. Pierwszy związany jest z aktualnie panującą ideologią i wcześniej czy później ustąpi. Drugi – ma charakter ponadsystemowy: zasady działania mediów się pod pewnym istotnym względem nie zmieniły się od czasów tej osławionej represyjnej komuny, która nie pozwalała mówić prawdy o Katyniu, a za nadmierną bezpośredniość w głoszeniu słowa wywalała z pracy, często z wilczym biletem.

A jak jest w III Rzeczpospolitej? Przede wszystkim od czasu do czasu ktoś kogoś pozwie za „obrazę uczuć religijnych”. Dorota Nieznalska zawiesiła w galerii sztuki, w ramach artystycznej ekspresji, męskie genitalia na krzyżu i miała przez to poważne kłopoty. Nieznani sprawcy wieszający na olbrzymich przydrożnych krzyżach nagie zwłoki mężczyzny znanego z chrześcijańskich legend nie mają kłopotów. Nie tylko u ateistów takie epatowanie przemocą i śmiercią mogłoby wywołać oburzenie czy wstręt. Ale wywołać nie może żadnych skutków prawnych, bo emocje te nie są religijne.

Prawo nie działa symetrycznie i pewnie po długich bojach sądowych dałoby się dowieść, że ustawa chroniąca domniemaną wrażliwość jednych, zaś odmawiająca tej wrażliwości innym, jawnie tych drugich dyskryminuje. Z psychologicznego punktu widzenia nie ma bowiem czegoś takiego, jak „obraza uczuć”, bo obrazić można jedynie ludzi, wywołując w nich nieprzyjemne emocje, głównie złości. Karanie kogoś dlatego, że ktoś inny się zezłościł z powodu jego czynów, zwłaszcza tych niewymierzonych przeciwko niemu, dokonanych bez złych intencji, wydaje się jednak, wybaczcie, nieco nadmierna. Prawdę mówiąc nawet sądowne karanie tych wszystkich gagatków, którzy celowo nas wkurzyli zamieniłoby Polskę w gigantyczne więzienie, a nas – w wystraszonych przestępców emocjonalnych, nieustannie tłumaczących się ze swoich słów, min i gestów. Usprawiedliwialibyśmy własne potencjalnie irytujące zachowania i zapewniali: „Obrazić Pana/Pani uczuć nie chciałem/am. Bynajmniej nie to było intencją mą”.

Dopełnieniem tego obrażania, zazwyczaj przez nieuwagę, uczuć, jest obrażanie głów. Najłatwiejsze zaś do obrażenia głowy ma państwo Watykan. Przed laty pewien mało znany polski dziennikarz naraził się na kłopoty, gdy nazwał jedną z nich „prowincjonalnym wikarym”. Inny, bardzo i od zawsze znany na pierwszej stronie swojego „dziennika cotygodniowego” dokonał dosadnej i mało taktowej oceny ówczesnej kondycji psychofizycznej tej głowy. Artykuł „Obwoźne sado-maso” wywołał nie tylko skandal, lecz również proces sądowy, który mniej zamożnego dziennikarza by zrujnował.


Z innej, nieco szerszej, pozaprawnej perspektywy te dawne już perypetie dotyczące przebrzmiałych spraw i nieżyjących osób stanowią konsekwencje obrony tak zwanych świętych wartości, opisanych między innymi przez prof. Janusza Reykowskiego w klasycznym już tekście „O antagonizmie wartości i interesów”*. Niejedne zajęcia seminaryjne były mu zresztą, nomen omen, po-święcone. Jest to jednak temat na osobny felieton.

Drugim z zasygnalizowanych wcześniej zjawisk ograniczających wolność słowa jest autocenzura. Dotyczy ona przede wszystkim mediów głównego nurtu, gdzie wysokość dziennikarskich apanaży działa dyscyplinująco, a przejawia się między innymi w nienagłaśnianiu treści antysystemowych, przynajmniej w kontekście innym niż krytyczny lub prześmiewczy. Socjalizm ma w Polsce złą sławę za sprawą mediów, które pokazywały puste półki, ale nie – wczasy pracownicze czy wizyty u specjalistów tego samego dnia.

Najważniejszym jednak obszarem autocenzury są wszelkie działania, które mogą zaszkodzić komercyjnemu interesowi telewizji, radia, gazety czy portalu. Nie wolno zatem mówić źle o reklamodawcach (najlepiej nie mówić wcale, bo za mówienie dobrze przecież powinni zapłacić), nie wolno prowokować władzy, zarówno tej formalnej (rząd), jak i nieformalnej (hierarchowie rzymskokatoliccy).

Przykładów autocenzury próżno jest szukać. Udowodnienie, że coś, co mogło czy powinno się ukazać, nie zostało stworzone z powodu dziennikarskiego samoograniczenia się, z perspektywy zewnętrznego obserwatora, w dodatku – spoza środowiska mainstreamowych mediów, jest trudne. Natomiast wskazać można przypadki, gdy ten mechanizm nie zadziałał, to znaczy dziennikarz nie oparł się pokusie, źle ocenił przyszłą reakcję mocodawców lub w ogóle jej nie wziął pod uwagę. O taki „fałszywy krok” łatwiej, jak się okazuje, w odniesieniu do spraw obyczajowych niż czysto biznesowych.

Przed laty jedna z wrocławskich dziennikarek radiowych straciła pracę, bo przeprowadziła wywiad z prostytutką, okazała jej życzliwość, a nawet entuzjastycznie reagowała na przechwałki dotyczące zawodowej produktywności, swoistego przodownictwa pracy. Część radiosłuchaczy podobno była niezadowolona. Cudzy sukces zawsze znajdzie mściwych zawistników. Redakcja nie uznała więc tego wywiadu za prokapitalistyczne ukazywanie operatywności i portretowanie dobrze prosperującej przedsiębiorczyni. Tabu okazało się za silne.

Bezpośrednią pobudką do napisania tego tekstu była jednak sprawa zupełnie świeża, pochodząca z dzisiejszych newsów: zawieszenie w pełnieniu obowiązków służbowych zastępcy naczelnego Polsat News. Poszło o program, który skandal miał w tytule. Można więc rzec, że jego „misja” została zrealizowana. Przyznam, że nie oglądałem ani jednego z trzech odcinków „Skandalistów” i już zapewne nie obejrzę, bo program Agnieszki Gozdyry został zdjęty z anteny po tym, jak zaproszony tytułowy bohater pojawił się w stroju biskupa, wypomniał pedofilię przedstawicielom profesji prowadzającej się w takich strojach, publicznie stwierdził, że nie lubi dzieci i zapalił papierosa. Zszargał strój służbowy, obraził grupę zawodową używając krzywdzącego stereotypu, postąpił wbrew politycznej poprawności odcinając się od powszechnej miłości do dzieci, wreszcie złamał normę obyczajową, zapewne także prawną, bo studio telewizyjne to raczej miejsce publiczne, choć dla publiki raczej niedostępne. Można co najwyżej popatrzyć przez szybkę. Ale i to zazwyczaj nie na palącego tytoń libertyna.

Pikanterii sprawie „Skandalistów” dodaje fakt, że autocenzura nie zadziałała z powodu nadgorliwości. W pogoni za wysoką oglądalnością stabloidyzowane stacje telewizyjne i czasopisma prześcigają się w wymyślaniu różnych formuł, a częściej – ściąganiu z Zachodu tak zwanych formatów, czyli sprawdzonych programów, które gdzieś już miały dużą widownię. W tych zabiegach liczy się w zasadzie wyłącznie liczba telewidzów i zysk z reklam. Teoretycznie więc także drażnienie złotych cielców może być dobrym sposobem na uzyskanie przewagi konkurencyjnej. Dziennikarze i nadzorujący ich szefowie muszą jednak pamiętać, że w Polsce mamy świętą krowę, która potrafi kopnąć. I nie jest nią bynajmniej rynek z jego niewidzialną racicą.


*Kolokwia Psychlogiczne, Tom 10, 7-22.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...