O autorze
Pracuję w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadzę badania z zakresu psychologii społecznej. Zmagając się ze smutkiem, piszę o psychologii, polityce, książkach, filmach i spektaklach teatralnych.

Chciwość w świecie nadmiaru

Martín	Caparrós: „Głód”
Martín Caparrós: „Głód” http://www.wydawnictwoliterackie.pl
Głód jest jednym z najpoważniejszych problemów współczesnego świata. Osób głodujących, czyli i permanentnie nie mogących spożyć jedzenia dostarczającego odpowiedniej liczby kalorii jest obecnie ponad 800 milionów, z czego większość przypada na Indie i Chiny. Jednak o ile zarówno w Azji, jak w Ameryce Południowej odsetek głodujących spadł w ostatniej dekadzie, w Afryce – wciąż rośnie. W krajach trzeciego, czy też, jak określa to autor, Tego Innego Świata z powodu niedożywienia umiera więcej ludzi, niż na AIDS, malarię i gruźlicę łącznie. Średnio co cztery sekundy ktoś umiera z głodu. Dziewięć milionów ofiar rocznie stanowi liczbę wielokrotnie większą od tej, którą przynoszą wojny i zamachy. Jak na tak olbrzymią skalę zjawiska, media poświęcają mu jednak niewiele uwagi. W dodatku nie przedstawiają prawdziwych, strukturalnych przyczyn głodu, skupiając się na tych spektakularnych i łatwiejszych do zaakceptowania: klęskach żywiołowych i kryzysach humanitarnych związanych z działaniami wojennymi, niekiedy dokładając do tego: niewydolną infrastrukturę agrarną, rabunkową eksploatację środowiska naturalnego, zmiany klimatyczne wywołujące pustynnienie gruntów uprawnych, korupcję rządów państw dotkniętych przez głód, bardzo rzadko – wskazując na spekulację windującą ceny żywności.

Tymczasem prawdziwy problem, jak wielokrotnie na kartach książki wyjaśnia Caparrós, tkwi gdzie indziej. Otóż żywności na świecie produkuje się tyle, że można by wyżywić nie tylko wszystkich jego mieszkańców, lecz jeszcze dodatkowo cztery do pięciu miliardów. W bogatych krajach marnuje się 40 – 50 procent żywności, na różnych etapach jej produkcji, przechowywania, transportu i spożycia: wyrzuca się warzywa i owoce nie spełniające wyśrubowanych norm, niszczy się nadwyżki, wyrzuca się niesprzedaną w supermarketach żywność i niespożyte na czas artykuły w gospodarstwach domowych. Ponadto w krajach, w których powszechne jest niedożywienie przeznacza się pola uprawne na produkcje biopaliw i pasz dla zwierząt. Ziarno zostaje wywiezione za granicę, podczas gdy ludność eksportera głoduje. Na przykład Argentyna, kraj wcale nie najbiedniejszy, jest największym producentem soi na świecie, podczas gdy znacząca część jego mieszkańców nie dojada i utrzymuje się z grzebania na wysypiskach.



Co jest przyczyną takiej sytuacji? Najogólniej rzecz biorąc – chciwość wielkich producentów żywności, którzy nie cofają się przed niczym, aby zmaksymalizować zyski. Wywierają presję na rządy, aby otrzymywać dotacje, zawłaszczają za bezcen ziemię w ubogich krajach, usuwając z niej rdzennych użytkowników lub napuszczając jedne plemiona na drugie, windują ceny, wykorzystują swoją monopolistyczną pozycję, aby kontrolować wszystkie etapy „łańcucha żywnościowego”: od własności ziemi po sprzedaż wysoko przetworzonego jedzenia.

Jedną z często przywoływanych przyczyn głodu jest tak zwana pułapka biedy, która polega na tym, że rolnicy nie mogą kupić ziarna, aby zasiać pola i wyżywić rodziny, a niekiedy nie mają ziemi, dostępu do wody czy wykształcenia niezbędnego do radzenia sobie wżyciu. Ludziom dotkniętym biedą brakuje po prostu pieniędzy na produkcję żywności czy jej dokupywanie. „Biedni są głodni, a głód więzi ich w biedzie”, podsumowano w jednym z raportów World Food Organization. Systemowe przyczyny biedy w postaci niewłaściwej, nieuwzględniającej potrzeb większości ludzi polityki gospodarczej są jednak w takich opracowaniach skrzętnie pomijane. Jak pisze Caparrós, w oficjalnych relacjach „tylko głód ma jakieś przyczyny. Bieda ma wyłącznie skutki”.

Analizy systemowe należą do najciekawszych wątków poruszanych w książce, jednak oprócz nich z wielkim zainteresowaniem czytałem szczegółowe opisy tego, jak głodujący czy niedojadający żyją na co dzień w Nigrze, Indiach, Bangladeszu, Sudanie Południowym czy na Madagaskarze. Wszystkie te miejsca autor odwiedził i spędził wiele godzin na rozmowach, zazwyczaj za pośrednictwem tłumacza, z najbiedniejszymi mieszkańcami tych krajów – rolnikami i mieszkańcami slumsów. Uderzające było między innymi to, jak bardzo pogodzeni z losem byli ci, których doświadczał on najbardziej. Brakowało im refleksji nad tym, dlaczego jedni są bogaci, a inni biedni, a jeśli stawała się ich udziałem, to ograniczała się do odwołań do religii i woli bożej. Jak skonstatował dziennikarz, nie było wśród jego wykluczonych rozmówców osób niewierzących. Rzadkim przypadkom oburzenia i agresywnych myśli towarzyszyło natomiast wyobrażenie negatywnych konsekwencji ewentualnego wcielenia w życie gniewnych zamiarów. Nikt otwarcie nie zawalczył o swoje, nikt nie zaangażował się w jakieś zbiorowe działania na rzecz poprawy losu własnej grupy społecznej. Wizja jakiegoś innego życia była niedostępna, szczytem marzeń ubogiej rolniczki było posiadanie dwóch krów, a ulubionym jedzeniem to, które spożywane było na co dzień, na przykład ryż czy sorgo, a nie – coś smaczniejszego czy bardziej pożywnego. Beznadziejność spowodowana nieustanną walką o przeżycie, brakiem jakichkolwiek rezerw i niepewnością tego, czy jutro będzie coś do jedzenia – to temat powracający raz po raz w relacjach z miejsc geograficznie i kulturowo bardzo od siebie odległych.

Część reportażowych opisów pochodziło z dwóch krajów względnie bogatych: z USA, jednego z najbogatszych przecież państw świata, oraz z rodzimej Argentyny. W tym drugim przypadku bohaterami relacji byli utrzymujący się z grzebania w olbrzymich hałdach śmieci i wyszukujący przeterminowane jedzenie. Fragmenty dotyczące Ameryki pozwoliły zaś zobaczyć, jak względne może być pojęcie niedożywienia. W Chicago ludzie regularnie korzystający z darmowych, charytatywnych jadłodajni wyrzucali resztki gorących posiłków do śmietnika, podczas gdy w Nigrze to, co zostało wyrzucone stanowić by mogło całodzienną rację żywnościową.

W „Głodzie”, obok rozbudowanych rozdziałów obrazujących indywidualne losy, a niekiedy wywnątrz tych rozdziałów, odnajdujemy wiele pouczających danych statystycznych i obrazowych obliczeń, dotyczących spaw kluczowych dla zrozumienia tytułowego zjawiska. Jedną z nich jest rosnąca produkcja i spożywanie mięsa w krajach doświadczających silnego rozwoju ekonomicznego, przede wszystkim w Chinach, gdzie jego spożycie na osobę wzrosło od 1980 roku czterokrotnie. Tymczasem do wyprodukowania jednej kalorii, jaką daje kurczak potrzeba czterech pochodzących z roślin, w przypadku wieprzowiny – sześciu, wołowiny i baraniny – dziesięciu. Podobne proporcje zachowane są w przypadku wody: do wyprodukowania kilograma kukurydzy (jednej z trzech, obok ryżu i pszenicy, upraw składających się na 75 procent całej spożywanej produkcji roślinnej potrzebne jest 1500 litrów wody, a do wyprodukowania kilograma wołowiny – 15 tysięcy litrów. Z hektara dobrej ziemi można uzyskać 35 kilogramów białka roślinnego, ale jedynie 7 kilogramów białka zwierzęcego. Oznacza to, że człowiek jedzący mięso zagarnia środki potrzebne do wyżywienia kilku osób na diecie roślinnej. Jedzenie mięsa od wieków było oznaką statusu społecznego i jednym z przejawów nierówności. Obecnie być może właśnie jego ograniczenie pozwoli w przyszłości uniknąć poważnego kryzysu żywnościowego.

Tymczasem nastawienie na dotowaną produkcję mięsa prowadzi też do takich paradoksów, że z głodujących Indii eksportuje się rocznie 60 milionów ton pszenicy, by karmić zwierzęta hodowlane w bogatych krajach. Jak powiedział Palagummi Sainath, „Europejskie krowy są stworzeniami mającymi największe na naszym globie bezpieczeństwo żywnościowe. Na ich karmienie wydaje się 2,70 dolara dziennie”. Warto przypomnieć, że na świecie 1,4 miliarda ludzi, czyli 20 procent populacji, żyje za mniej niż 1,25 dolara dziennie. Nic więc dziwnego, że pewien hinduski przywódca chłopski zapytany, jakie jest jego marzenie odpowiedział: „Marzeniem rolnika indyjskiego jest urodzić się powtórnie jako krowa europejska”.


Dotacje dla rolników, a właściwie – głównie dla potężnych korporacji produkujących surowce rolne, są zresztą jednym z głównych powodów, dla których rolnicy indywidualni w ubogich krajach nie wytrzymują konkurencji na globalnych rynkach. Wysokość dotacji częstokroć przekracza wartość wyprodukowanych dóbr (tak było na przykład z bawełną w USA w 2005 roku), a jej wartość poraża – 300 mld dolarów rocznie. Interwencja państwa, która była obliczona na przetrwanie rolników w trudnym okresie międzywojennego kryzysu ekonomicznego, obecnie przyczynia się do olbrzymiej przewagi konkurencyjnej amerykańskich i europejskich producentów żywności. System dotacji i subsydiów nawiasem mówiąc stanowi zaprzeczenie sztandarowego hasła turbokapitalizmu, jakim jest nieskrępowany wolny rynek.

Przejawów hipokryzji ideologów współczesnego kapitalizmu jest więcej. Do najbardziej rażących, choć mało znanych opinii publicznej, należy pomoc krajom rozwijającym się. Powinna stanowić 0,7 procent PKB bogatych krajów, ale zaledwie parę wywiązuje się z tego zobowiązania. W przypadku USA wartość ta stanowi poniżej 0,2 proc. Jednak nawet i tak szczątkowa pomoc obwarowana jest takimi ograniczeniami, że nie tylko nie pełni swojej deklaratywnej funkcji, lecz jest wręcz kontrproduktywna. Na przykład prawo amerykańskie wymaga, aby co najmniej 75 procent żywności dostarczanej w ramach pomocy zagranicznej było produkowane i pakowane w USA, ponad 75 procent przewożone na statkach amerykańskich, podczas gdy – z uwagi na koszty – ogólnie dla towarów transportowanych do i z USA odsetek ten wynosi 3. Sam transport pochłania więc 40 procent amerykańskich wydatków na pomoc żywieniową. Ceny pomocowej żywności są narzucane przez potentatów takich jak Cargii czy Bunge i wyższe od rynkowych o od 10 do 70 proc. Ponadto ponad połowa pomocy przekazywanej przez rząd USA jest zupełnie legalnie sprzedawana przez amerykańskie organizacje pozarządowe. Te ostatnie, wraz z producentami rolnymi i firmami transportowymi, tworzą „Żelazny Trójkąt” sprzeciwiający się takim zmianom w prawie, aby można było część pomocy przekazywać na zakup żywności od lokalnych producentów (wyszłoby znacznie taniej) i rozwój rolnictwa w krajach, do których wysyłana jest pomoc. W rezultacie pomoc służy amerykańskim korporacjom i NGOs'om w większym stopniu niż rzekomym beneficjentom.

Konstrukcja książki Caparrósa jest dosyć nietypowa jak na monografię. Znajdujemy w niej fragmenty reportażowe, a także eseistyczne, którym towarzyszą dane statystycznie i przypomnienie faktów historycznych takich jak głód w Irlandii i na Ukrainie. Cytowani są zarówno współcześni ekonomiści i aktywiści, jak i dawni konserwatywni filozofowie. Objętość dzieła pozwala na obszerne przytoczenia, które zazwyczaj są na tyle interesujące, że nie rażą swym rozmiarem. Cechą charakterystyczną „Głodu” są powtórzenia i zdania stanowiące niby podsumowanie czy podkreślenie poprzednich myśli, wyeksponowane jednak w osobnym akapicie. Dziesiątki razy, w rozmaitych zredukowanych formach, niczym znak przystankowy pojawia się też pytanie: „Jak, do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?”

Te powtórzenia, epatowanie oburzeniem i emocjami w zbyt nachalny sposób uznać można za słabą stronę książki. Zaangażowane podejście do tak ważnego zjawiska, jakim jest głód i związane z nim niepotrzebne cierpienie ludzi jest wprawdzie w pełni zrozumiałe, jednak aby podobną reakcję wywołać u czytelnika wskazane byłoby sięgnięcie po bardziej subtelne i wyważone środki. Niekiedy sucha i zdystansowana relacja ma siłę oddziaływania większą, niż jakiekolwiek bezpośrednie oznaki oburzenia, słusznego gniewu czy współczucia. Pisarz wprawdzie raz po raz dystansuje się od własnej egzaltacji, prowadzi swoiste monologi wewnętrzne czy też rodzaj gry z czytelnikiem, jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że zabiegi te rozdymają niepotrzebnie materię opracowania i zamiast zwiększać siłę oddziaływania, osłabiają ją.

Pomimo tych wątpliwości dzieło Caparrósa jest lekturą obowiązkową nie tylko dla lewicowych aktywistów czy pracowników organizacji pomocowych, lecz dla wszystkich wrażliwych ludzi, którym nieobcy jest los setek milionów głodujących i żyjących w bardzo trudnych warunkach. W trakcie czytania jest okazja do refleksji nad względnością dobrostanu i cierpienia, nad relatywnym charakterem naszych własnych niedogodności życiowych i nieszczęść, wreszcie nad ograniczonym charakterem własnej kontroli nad swoim losów. Emocją, która ma prawo się pojawić jest wina egzystencjalna. Czym sobie szczególnym zasłużyliśmy na to, że nie musimy się martwić przynajmniej o pewne minimum żywności niezbędnej do biologicznego przetrwania, podczas gdy dla innych nawet to minimum stanowi obiekt marzeń, planów i cel nie zawsze skutecznych zabiegów? Gdy tak podejdziemy do naszej codziennej egzystencji, być może łatwiej będzie o doświadczanie nie tylko moralnego oburzenia, lecz również wdzięczności i współczucia.


Martín Caparrós: „Głód”. Przeł. M. Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, ss. 630.
Trwa ładowanie komentarzy...