Gwiazdy morza

"Batory trans"
"Batory trans" http://www.pantomima.wroc.pl/
Podróż jako środek do celu, jako wielka emigracyjna wyprawa, porzucenie miejsca niechcianego w poszukiwaniu lepszego, stanowi wdzięczny materiał literacki. Samo podróżowanie, choćby bez wyraźnej konkluzji, także okazuje się jednak nie tylko opisywalne, lecz inspirujące. Martyna Majewska sięgnęła po książkę Bożeny Aksamit o transatlantyku „Batorym” i toczącym się na nim życiu, aby dać oryginalną pożywkę językowi pantomimy. W debiutanckim spektaklu pomogła aktorom stworzyć bardzo dynamiczne kreacje, wyeksponować gimnastyczną sprawność i kaskaderskie niemal zgranie w scenach zbiorowych. Znakomita oprawa muzyczna i niebanalne operowanie światłem sprawiły zaś, że pomimo dosyć oszczędnej scenografii, przedstawienie uzyskało artystyczną pełnię. Kwadratowa, niezbyt duża, otwarta scena zapowiadała pewną kondensację, zważywszy na obecność – jak się później okazało, niemal nieustanną – siedmiorga aktorów i kontrabasisty.

Część akcji toczyła się zresztą na prosceniach, w bezpośredniej bliskości ułożonej z trzech stron widowni. Powitalny szampan, którym zostali poczęstowani przez aktorów widzowie nie okazał się jedyną formą interakcji. Charakterystyczne okienka z dłoni niczym kadry pozwalały spoglądać w oczy w artystom z intymnej odległości. Zdarzyło się to nie tylko tym, którzy siedzieli w pierwszych rzędach. Gros akcji toczyło się jednak w bezpiecznej odległości. Zważywszy na jej zróżnicowanie i rozmach, ten dystans był konieczny. Szpilki wieńczące seksowne nogi mogłyby wszak okazać się narzędziem ostatecznym, a rozbieg niepowstrzymany żadnymi fizycznymi ograniczeniami rad nierad skończyłby się hen, w ludzie. Jednak przestrzeń aktorki i aktorzy mieli opanowaną perfekcyjnie.

Trudno jednoznacznie powiedzieć, o czym był Batory trans. W pierwszej mniej więcej połowie spektaklu treść scen zapowiadał narrator, od którego dowiedzieliśmy się między innymi, że podróż „Batorym” rozpoczęta 21 kwietnia trwała dziewięć dni i dziewięć nocy. Że Iwan Pyłypiw, który sprzedał konia i ziemię, aby kupić bilet, 22 dni podróżował do Kanady, aby sprawdzić, czy da radę w nowym świecie, i że zabrał ze sobą zapas suchego chleba i pług. Że Bela Gelbard stawiła się, w gęstym zapachu perfum, w biurze przedsiębiorstwa „Gdynia-Ameryka” oferując się jako „maskotka”, że miała lekko skośne oczy i wyraźnie semickie rysy, i że pomimo przekroczonej czterdziestki na statli nawiązała dziesiątki romansów. Że podczas sztormu z powodu charakterystycznego odczucia przesytu nie cierpieli jedynie ci, którzy mieli uszkodzony błędnik. Pewnie przytoczeń z książki Aksamit usłyszelibyśmy z ust nieobecnego narratora więcej, lecz formuła ta została w pewnym momencie zarzucona na rzecz typowej dla pantomimy werbalnej ciszy (z jednym wyjątkiem, do którego powrócimy). Owszem, pojawiały się słowa w rodzaju „skąd” czy „dokąd”, jednak jedynie jako napisy na podłodze. Ich pochodzenie zasługuje zresztą na odrębny akapit.

Projektor zawieszony dokładnie nad środkiem sceny, niejako na „jaskółce”, dał niesamowite możliwości kreślenia na scenie w czasie rzeczywistym świetlnych linii, wyodrębniania z niej pól, na przykład trójkątów, które zapełniane były światłem. W jednej ze scen na środku wyświetlony został nawet krzyż, na którym rozpostarł się jeden z bohaterów. To żywe, pełzające geometrycznie, niekiedy dość nieoczekiwane światło, przyciągało uwagę, wyznaczało centrum akcji, lecz także orientowało aktorów. Fakt, że efekty te nie były nadużywane, jeszcze bardziej wzmagał ich skuteczność. Brawo za pomysł i za realizację.

Muzyka grana była częściowo z offu, jednak z tyłu sceny, poza jej kwadratem, przez cały obecny był kontrabasista, który akompaniował i – gdy trzeba było – „podkręcał” dźwiękowe efekty. Jednym z nich, jak dla mnie niesamowicie ironicznym, był ten dziwny zjazd smyczków pod koniec powracających wariacji na temat Ave Maria. Zważywszy, że jedną z postaci można uznać za Matkę Boską Gwiazdy Morza, do której w historycznym realu wznoszono ponoć toasty, a aktorka ją grająca, w podobnym stroju, dobrawszy ognisty miecz, sugerowała Statuę Wolności, zamierzony dystans reżyserki wydaje się oczywisty.

Sporo było w spektaklu cielesności i seksualności. Robiąca duże wrażenie Gwiazda Estrady, eksponowana, między innymi w scenie niczym z wysokiej jakości artystycznie podrasowanego wodewilu, miała na sobie spódniczkę z czarnych bananów przypominających sterczące dilda. Półnadzy aktorzy i aktorki wabili się wzajemnie, wchodzili w cielesne interakcje, a gdy w jednej ze scen, po wyeliminowaniu przemocą konkurentów zwycięzca rywalizacji wybierał spośród trzech bohaterek, erotyczny kontekst został wyeksponowany ekstremalnie. Następujące chwilowe rozczarowanie i rozpacz (z wykorzystaniem czarnych korali ze szkatułki jako potencjalnego stryczka), a później – niesiona na skrzydłach spełnienia radość wybranki, mogły zapaść w pamięć. Miłosne zjednoczenie ukazane jako skakanie wokół leżącego mężczyzny niczym w grze w klasy, stanięcie na jego torsie i brzuchu, opadnięcie na niego do tyłu całym ciałem, wreszcie – jazda na barana, stanowiły przykład tego, co w „Programie”, zgodnie z kapitańskim cytatem z książki, zostało nazwane romantycznym nastrojeniem mężczyzn, a erotycznym – kobiet na morzu.

Duża część akcji, zwłaszcza w drugiej połowie przedstawienia, mogłaby się dziać gdziekolwiek, niekoniecznie na statku. Obyczajowe historie, które się na nią składały, nie uzyskały jednak wyłączności. Narrator powrócił, aby przytoczyć mizoginiczne przesłanie „Koranu”: w sprawie o zabójstwo zeznania dwóch kobiet równoważne są zeznaniom jednego mężczyzny, dopuszczalna jest przemoc mężczyzn wobec nieposłusznych kobiet, a zadowalanie swojego męża jest dla kobiety przepustką do raju. Ubrana w nikab (Ela oprotestowała burkę jako określenie nie dość dokładnie opisujące tę część scenicznego kostiumu), lecz w dolnych partiach już znacznie mniej skromnie, bohaterka nauczyła pozostałych protagonistów gestu symbolizującego ograniczający, opresyjny kulturowo ubiór, aby mogli gest ten obnosić po widowni. Sama, ubrawszy szpilki, uczyła się, z dużą niepewnością, w nich chodzić. Nie był to zresztą jedyny emancypacyjny akt. Nikab został zrzucony.

Zdarcie nikabu nie okazało się jednak trwałe. I w symbolicznym wymiarze – słusznie. Walka o równouprawnienie kobiet trwa wszak od dawna, a także i dziś jest gorącym tematem. Z pewnością wprowadzenie tego wątku poszerzyło przestrzeń narracyjną spektaklu. Można jednak także zadać sobie pytanie, czy nie był to ten przejaw zachłanności, która młodym artystom każe zbyt dużo umieszczać w jednym przedstawieniu. Zgodziliśmy się też z Elą, że można też było konsekwentnie zdecydować się na dociągnięcie akcji do końca z narratorem lub jeszcze lepiej – i tu również byliśmy zgodni – zrezygnowanie z niego od początku na rzecz klasycznej konwencji pantomimicznej, z otwartą interpretacją i forsownym pierwszeństwem formy nad treścią.

Warto wspomnieć o ciekawych rozwiązaniach z zakresu szeroko rozumianej scenografii. Mieliśmy i dym, tak lubiany przez teatr dramatyczny, i zawieszone na drutach chmurki niczym z waty, i mrugające światełka w roli odległych latarni morskich. Mieliśmy jednak także, co w dziedzinie apelującej głównie do wzroku i słuchu, owszem, ożywcze, prawdziwy powiew wiatru. Jednak, nie zapominając o tych teatralnych gadżetach, warto przede wszystkim podkreślić doskonałą dyspozycję aktorów. Sceny zbiorowe, zwłaszcza te najbardziej dynamiczne, wydawały się nieuchronnie prowadzić do katastrofy. Ktoś musiał kogoś stratować, podeptać, uszkodzić. Nic takiego jednak się nie stało. Statek dopłynął. Gwiazdy morza lśniły do końca.


Batory trans, scenariusz i reżyseria: Martyna Majewska, scenografia i kostiumy: Anna Haudek, muzyka: Dawid Majewski we współpracy z Ju Ghan.

Na podstawie utworu Bożeny Aksamit Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku.

Wrocławski Teatr Pantomimy, Scena na Świebodzkim.
Premiera: 31 grudnia 2015
Trwa ładowanie komentarzy...