Grupa naTemat

Ty nigdy nie umrzesz, bo ty nigdy nie żyłeś

"Lew na ulicy"
"Lew na ulicy" www.pwst.wroc.pl
Przedstawienia dyplomowe są zazwyczaj znacznie większym wydarzeniem dla ich twórców niż dla widowni. W końcu to ich pierwszy raz, podczas gdy starych wyjadaczy ciężko zadowolić, bo tych razów mieli już może ze dwa razy za dużo. Ale w przypadku „Lwa na ulicy” to nie był jeden z tych niepotrzebnych razów. Spektakl okazał się przyjemny dla oka i ucha, żywy i pełny, miał bowiem wszystko, czego coraz częściej skąpi teatr profesjonalny: sceny zagrane zarówno w emocjonalnych zbliżeniach, jak i zbiorowe, zróżnicowane postaci i stylizacje, bujny ruch sceniczny, także synchroniczny, dobre wykorzystanie przestrzeni, także tej na widowni, ciekawą scenografię, niebanalne rozwiązania wokalne. Było to dobrze wyreżyserowane i poprawnie – wziąwszy pod uwagę trudność tekstu – zagrane. Aktorsko wyróżniał się Zając, ale te często i na różne sposoby się wyróżniają, więc nie byliśmy z Elą specjalnie zdziwieni.

Narrator we wprowadzającej scenie zapowiedział, że warto oglądać mające nastąpić historie, żeby zobaczyć, że „inni mają gorzej”. Dodał: „Jakby to miało jakikolwiek wpływ na wasze życie osobiste”. Owszem, ma wpływ, bo porównania społeczne są jednym z ważnych wyznaczników jakości życia. Możemy czuć się szczęśliwi lub wręcz przeciwnie, w zależności od tego, czy inni „mają gorzej” czy „mają lepiej”. Mógł tego nie wiedzieć jeszcze ojciec dramatopisarki – dziekan Wydziału Psychologii Uniwersytetu Queen's, ale już jej brat – profesor psychologii zapewne zawahałby się przed napisaniem takiej kwestii, zwłaszcza z perspektywy narratora, a więc niejako swoistego głosu samego twórcy. Cóż, nie odpowiadamy za wypowiedzi członków rodziny, nawet tej najbliższej.

Całość stanowiła w zasadzie kilkanaście scen rozgrywanych między różnymi postaciami połączonych niemal nieustanną obecnością Zająca z czerwonymi uszami, przemawiającego jak dziecko, lecz z gramatyką obcokrajowca (nie ma się co dziwić, w końcu – inny gatunek). Raz po raz na scenie pojawiał się także narrator, który już na wstępie wprowadził elementy metateatralne, nawiązując kontakt z widownią, głównie z koleżankami i kolegami student(k)ami z drugiego rzędu. W jednej ze scen pojawił się nawet teatr w teatrze, a może odległe echo egzaminu wstępnego do PWST, bo przesłuchanie kandydata z zadawaniem mu improwizacji ma opinię części tegoż. Zresztą była to jedyna scena, która nie pasowała do reszty, jakoś wyłamywała się z formuły całości. Jedynie znajomość tekstu Judith Thompson dałaby odpowiedź na pytanie, czy została dopisana do oryginalnej wersji dramatu, którego struktura wzorowana była na tej z La Ronde Artura Schnitzlera. Wtedy, pod koniec XIX wieku, eksponowanie stosunków seksualnych i związanych z nim konwersacji uchodziło za pornografię. W 1990 roku, gdy kanadyjska dramatopisarka tworzyła swoje dzieło, tego skandalu było już znacznie mniej, a w 2015 na Braniborskiej nic już właściwie nie szokowało.

Poruszyła Thompson tematy centralne dla relacji interpersonalnych: zdrady, okrucieństwa, wykorzystywania, nieumiejętności postawienia granic, szantażu emocjonalnego i bycia ofiarą okoliczności lub własnych oczekiwań. Fakt, że autorka eksploruje ciemne strony życia sprawił, że pełni jego radości młodzi ludzie stanęli przed trudnym zadaniem. Zając butnie deklarował „Ja zabiję lwa. Ja jestem waszą armią, waszą świętą”, ale nie mógł tego zrobić z uwagi na dysproporcje celu i środków.

Wspomnienia z nieszczęśliwego dzieciństwa i konsekwencje wychowania w rozbitej rodzinie („Co czujesz, gdy tatuś wraca do domu pijany?”, „Jesteś ohydna, okropna i obrzydliwa” ), tragiczne wydarzeń (śmierć ojca w wypadku, rak kręgosłupa, molestowanie seksualne, gwałt, przemoc wynikająca z zazdrości) i marzenia o tym, by zostać dostrzeżonym, docenionym, choćby po śmierci („Ona umiera dobrze”) – to wszystko wydaje się zbyt ciężkie do zagrania dla ludzi bez życiowego bagażu, nie nadwyrężonych przez nieszczęścia, nie będących świadkami zbyt wielu cierpień bliźnich. Wydawało nam się, że młodzi adepci szkoły teatralnej grali te ciężkie role doświadczanych przez życie postaci z dystansem. Nawet gdy mieli łzy w oczach, to nie były to akurat te łzy. Inaczej jest przecież grać ze zrozumieniem, o co właściwie chodzi, a inaczej – korzystając z jakichś emocjonalnych doświadczeń, ale odległych od tych, które mają ludzie w średnim wieku. Jest to zresztą chyba uniwersalna prawidłowość: czterdziesto- lub nawet siedemdziesięciolatek może zagrać przekonująco dwudziestolatka, jednak w drugą stronę to już nie działa. Zważywszy, że nic na to nie dało się poradzić, nie można też zarzucać aktorom, że nie zagrali starszych jak starsi. Ani nawet reżyserowi, że ich źle obsadził, bo przecież nie chcieliby czekać na dyplomy po kilkanaście lat. Warto zresztą podkreślić, że dziesiątka aktorów z konieczności wcielała się w więcej niż jedną z dwudziestu ośmiu czy dziewięciu postaci, co wymagało dobrego warsztatu.

Większa część scenicznego dziania się miała poważny, tragiczny wręcz charakter. Prezentowana była perspektywa porzuconych i porzucających, widzieliśmy też ich pozornie współczujących, lecz w głębi ducha bawiących się ich nieszczęściem, przyjaciół. Rodziły się przy tym pytania w rodzaju tego: Czy perspektywa wychowywania dzieci w niepełnej rodzinie jest ważniejsza niż cierpienie rodzica porzuconego przez małżonka? Czy to jest właściwy argument, by kogoś zatrzymać?

Niektóre sceny zapadały w pamięć bardziej niż inne: wywiad dziennikarki „Telegraphu” z kobietą z porażeniem mózgowym, scena gwałtu czy morderstwa Isobel (tę ostatnią nawet sama autorka dramatu pierwotnie wycięła) czy też zbiorowa scena ze zwierzętami w maskach, niczym z dawnego teatru, gdzie takie statyczne obrazki wzbudzały falę zachwytu. Z drugiej strony manieryczne w dzisiejszym teatrze pokazywanie zbliżeń z kamery w paru innych scenach wydawało się niepotrzebne.

Były też – bardzo nieliczne – sceny zabawne lub pozornie zabawne. Zając, który najadł się pączków, zresztą wbrew zaleceniom szkolnej dietetyczki, z wdzięczności ułatwił studentom zadanie aktorskie w głębi sceny, z radości zabijając ich z palca-pistoletu i wyimaginowanymi granatami. To była jedna z tych scen, które sprawiały, że aktorzy byli niemal nieustannie zatrudnieni. W pierwszym akcie prawie bez przerwy przebywali na scenie i jeśli akurat nie konstruowali dialogu na pierwszym planie, to tworzyli żywe tło – poruszające się, tańczące, od czasu do czasu śpiewające. Sporo było w tym zbiorowej, synchronicznej pantomimy, wymagającej niezłej koordynacji i zazwyczaj wypadało to bardzo dobrze.

Warto było przyjść i zobaczyć dziesięcioro młodych ludzi dających z siebie na tyle dużo, by utrzymać uwagę przez dwie i pół godziny, dostarczyć wrażeń estetycznych, a także pożywienia dla myśli, dzięki dobremu tekstowi i pełnej rozmachu inscenizacji.



Lew na ulicy według dramatu Judith Thompson w przekładzie Małgorzaty Semil. Reżyseria: Cezary Iber, choreografia: Baśka Gwóźdź, scenografia i kostiumy: Magdalena Przywara (ASP), muzyka: Arkadiusz Kątny (AMuz). Wystąpili: Filip Bochenek, Jan Hussakowski, Monika Janik, Natalia Łągiewczyk, Ewelina Pankowska, Kacper Sasin, Katarzyna Dmoch, Kacper Pilch, Małgorzata Saniak, Piotr Wątroba.

Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego PWST w roku akademickim 2014/2015. Duża Scena PWST we Wrocławiu.

Premiera: 24 stycznia 2015 roku.

26 lutego 2015
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj